Rumunia – kalejdoskop krajobrazów i wrażeń

Rumunia – kalejdoskop krajobrazów i wrażeń

Pomysł wyjazdu do Rumunii zrodził się w naszych głowach już dawno temu ale jak do tej pory nie składało się z jego realizacją. Coś zawsze stało na przeszkodzie. A to brak czasu, a to dziwne i często niepochlebne opinie o tym kraju. W końcu udało się wykroić kilka dni wolnego i postanowiliśmy na szybko wyskoczyć do kraju Drakuli aby zobaczyć i sprawdzić na własnej skórze jak tam jest naprawdę. Tuż przed wyjazdem zaczęło się myślenie gdzie jechać i które miejsca odwiedzić w tak krótkim czasie. Mamy 6 dni i tysiące możliwości. Zostać w górach czy dojechać nad morze?Zwiedzać zabytkowe miasta czy zaszyć się gdzieś na prowincji ? W efekcie byliśmy wszędzie po trochę:), taki rekonesans. Przejechaliśmy 3600 km odwiedzając Góry Fogaraskie i Góry  Parang. Dojechaliśmy nad Morze Czarne, a po drodze wstąpiliśmy do Sybina, Bukaresztu i Timisoary. Zapraszam zatem na fascynującą podróż po Rumunii, kraju wielu narodów i religii, gdzie obok siebie funkcjonują nowoczesne miasta i zaciszne , odcięte od świata osady .

 Istotą tego bloga nie jest tworzenie przewodnika , a raczej opis własnych wrażeń i doświadczeń z podróży dlatego też bardziej dociekliwi mogą znaleźć wiele szczegółowych informacji w internecie  (https://pl.wikipedia.org/wiki/Rumunia ) lub sięgnąć po przewodniki Stanisława Figiela ( posiłkowaliśmy się nim podczas planowania naszej wycieczki ).

Tak jak wspomniałam na samym początku zetknęliśmy się z bardzo różnymi opiniami na temat tego kraju, za każdym jednak razem dało się doczytać , że są to piękne tereny. Ze względu na to, że oprócz chodzenia w góry jesteśmy trochę „fanatykami” przejazdów przez różne górskie przełęcze ,przyznaję, że do wyjazdu zmotywowała nas również możliwość przejechania pięknych wysokogórskich tras , słynnych na całą Europę , takich jak Trasa Transfogaraska i Transalpina.

Fragment Trasy Transfogaraskiej

Ale od początku.

Pierwszym przystankiem na naszej wyprawie była miejscowość Sapanta i rumuński Wesoły Cmentarz, najbardziej niezwykły , a zarazem najdziwniejszy cmentarz na świecie.Cimitirul Vesel jest dziełem lokalnego artysty Stana Ioana Patrasa, który  był rzeźbiarzem, poetą i malarzem. Już w wieku 14 lat widać było jego talent a efekt jego pracy to kilkaset kolorowych, rzeźbionych w drewnie nagrobków, na których znajdują się ręcznie malowane podobizny zmarłych i  wierszyki, które z humorem i dystansem tych zmarłych opisują. Nagrobne malunki oprócz podobizny zmarłego przedstawiają również czym za życia zajmowała się dana osoba lub jak zginęła. Na nagrobkach znajdują się naprawdę ciekawe obrazki przedstawiające codzienność miejscowych ludzi. Mnóstwo kolorów sprawiało wrażenie , że jesteśmy w jakimś bardzo pozytywnym miejscu a nie na cmentarzu, stąd też pewnie wzięła się jego nazwa. 

Weoły Cmentarz
Wesoły Cmentarz
Jeden z nagrobków na Wesołym Cmentarzu

Po zapoznaniu się z historiami „z życia wziętymi” nie opuściliśmy jeszcze Sapanty ale udaliśmy się w kierunku Manastirea Sapanta- Peri. Jest to zespół klasztorny, który powstał w tym miejscu w 1391 roku i funkcjonował do 1783 roku , kiedy to Austriacy chcieli na tych terenach wprowadzić wiarę katolicką. Monastyr w obecnym  kształcie funkcjonuje od 2005. 

Manastirea Sapanta – Peri
Manastirea Sapanta – Peri
Manastirea Sapanta – Peri

No to ruszamy dalej! Kierunek Sybin. Sibiu jest jednym z głównych miast Siedmiogrodu i w 2007 roku dzierżył tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Jeżeli chcecie zobaczyć słynne „oczy miasta” to warto zatrzymać się w Sybinie. Mówiąc o „oczach miasta” mam na myśli charakterystyczne okna znajdujące się na sybińskich dachach.

„Oczy Miasta”

Po około 5 h jazdy byliśmy na miejscu. Mieszkaliśmy  dwa kroki od centrum więc wieczorem udaliśmy się na ekspresowe zwiedzanie starej części miasta. Przeszliśmy  wzdłuż ruchliwej głównej drogi i weszliśmy w boczne , urokliwe uliczki, które doprowadziły nas do Dużego Rynku (Piata Mare)- głównego placu miasta. Rynek otoczony jest typowymi sybińskimi kamienicami, ze strzelistymi , czerwonymi dachami. Starówka w Sybinie jest tylko nieznacznie przekształcona przez współczesne budownictwo dlatego też stanowi niemałą atrakcję turystyczną.

Duży Rynek, Sybin

Będąc na Dużym Rynku w Sybinie poczułam się jak na rynku w Krakowie :), a wszystko przez tłumy ludzi , którzy przesiadywali w knajpkach czy przechadzali się przez plac. Niestety brak czasu zmusił nas do powrotu na nocleg więc juz w osłonie nocy i otoczeniu pięknych kamienic wróciliśmy do pensjonatu. Mam świadomość, że aby dobrze poznać miasto trzeba w nim spędzić znacznie więcej czasu , no ale coż , dobre i to. Jest po co wracać.

Sybin nocą
W drodze na Piata Mare

Z samego rana ruszyliśmy w drogę , tym razem w kierunku Gór Fogaraskich i osławionej trasy Transfogaraskiej.

W kierunku Gór Fogaraskich
W kierunku Gór Fogaraskich

Jak wspomniałam wcześniej przejechanie tej trasy było dla nas „głównym punktem programu”całego wyjazdu. Droga Transfogaraska to droga krajowa nr DN7C, przecina ona Góry Fogaraskie z północy na południe i łączy  Sybin z Pitesi. Droga została wybudowana  w latach 1970-74 na polecenie Nicolae Ceauşescu, który w ten sposób chciał zapewnić sobie drogę ucieczki w razie potyczki wojennej z Rosją. Przy budowie życie straciło ok 40 ludzi (oficjalnie), a koszty były ogromne. Dzisiaj trasa jest pożądaną atrakcją turystyczną. Droga liczy 150 km i niestety przez większą część roku jej górne odcinki są nieprzejezdne ze względu na duże ilości zalegającego śniegu. My również nie mieliśmy szczęścia ponieważ około 24 km trasy nadal były nieprzejezdne.

Znak informujący o zamknięciu drogi

Jadąc  od północy czyli tak jak my od strony Sibiu można alternatywnie skorzystać z kolejki  górskiej , która wywiezie nas na najwyższy punkt trasy przy Balea Lac na wysokość 2034 m npm. Oczywiście z tej możliwości skorzystaliśmy i wagonikiem, który raczej lata świetności miał już za sobą pojechaliśmy w górę.

Kolejka na Balea Lac

Z wagonika rozpościerały się fantastyczne widoki na otaczające szczyty, a wznosząc się coraz wyżej mogliśmy w całej swojej okazałości podziwiać wijące się po zboczu serpentyny drogi Transfogaraskiej. Wyglądało to bardzo spektakularnie.

Fragment Trasy Transfogaraskiej
Fragment Trasy Transfogaraskiej
Transfogaraska

Od czasu do czasu po trasie przejechał jakiś odważniejszy motocyklista. Im wyżej tym zalegającego śniegu było więcej. I tak po jakimś czasie znaleźliśmy się przy Balea Lac. Upał , który towarzyszył nam na dole na parkingu zmienił się przyzwoite kilka stopni powyżej zera, można było poczuć ulgę.

Nad Balea Lac
Widok na Transfogaraską

Na górze infrastruktura trochę przestarzała, do nowoczesnych miejsc turystycznych w górach zachodniej Europy jeszcze trochę brakuje ale przecież nie przyjechaliśmy tutaj po wygody ale po to aby zachwycać się widokami, a te rzeczywiście były spektakularne. Całość miała swój niepowtarzalny klimat.

Balea Lac
Balea Lac
Balea Lac
Balea Lac

Zamknięta droga to i ludzi niewiele więc w spokoju mogliśmy spędzić trochę czasu w najwyższym punkcie trasy. Trasa transfogaraska powinna być otwarta 1 lipca i na górze było widać koparki oraz ciężki sprzęt pracujący w głębokim śniegu aby udrożnić przejazd. Na stronie http://www.transfagarasan.net można śledzić jakie aktualnie warunki panują na trasie. Jestem bardzo ciekawa czy uda się otworzyć trasę w zakładanym terminie.

Udrożnianie Trasy Transfogaraskiej
Udrożnianie Trasy Transogaraskiej

Obserwacje przerwała nam burza,  szybko zjechaliśmy w dół i ruszyliśmy w dalszą drogę na południowy podjazd od strony Crutea de Arges aby zobaczyć jak wygląda trasa  od drugiej strony.

Widok na góry Fogaraskie

Niestety dzięki zaufaniu do nawigacji nie dotarliśmy tego dnia do celu. Zwiedziliśmy w zamian wioski odcięte od świata, bez asfaltowych dróg, położone gdzieś daleko w górach. I tak jechaliśmy do momentu kiedy nasz samochód stwierdził, że jednak nie jest terenówką i odmówił współpracy. W tym nieszczęśliwym miejscu spotkaliśmy dwóch motocyklistów z Polski, którzy również zaufali Google Maps i stanowczo odradzali nam dalszą jazdę . Nie pozostało nic innego jak zawrócić i udać się na kolejny nocleg.

Rumuńskie drogi
Punkt odwrotu ze skrótu

Właściciel pensjonatu okazał się bardzo gościnny i częstował nas produkowanymi przez siebie napojami wysokoprocentowymi. Dobre wychowanie i panujące obyczaje nie pozwalają odmawiać kiedy ktoś nas czymś częstuje ponieważ takim zachowaniem możemy sprawić przykrość więc nie pozostało nam nic innego jak delektować się palinką. Wieczór trochę się przedłużył ale spędziliśmy go we wspaniałym towarzystwie.

Widok z pokoju w kierunku Pitesi

W dalszym ciągu nie odpuściliśmy Transfogaraskiej i z samego rana ruszyliśmy w stronę Crutea de Arges i dalej w góry. Trasa bardzo malownicza ale trzeba uważać na spadające kamienie, które niedawno zakończyły lot na środku drogi, taka troszkę adrenalina!

Znak na trasie Transfogaraskiej
Fragment Transfogaraskiej od południa

Po przejechaniu tuneli dotarliśmy nad jezioro Vidraru.

Nad jeziorem Vidraru
Jezioro Vidraru

Jest to piękne zaporowe jezioro na rzece Ardżesz. Dalsza trasa wiodła przez las wzdłuż jeziora. Drzewa skutecznie zasłaniały widoki więc było trochę monotonnie. Im wyżej tym las się  bardziej przerzedzał,  pojawiała się kosodrzewina i pierwsze spektakularne widoki na góry . Nie cieszyliśmy się nimi jednak zbyt długo ponieważ dojechaliśmy do szlabanu przy Cascada Capra i dalsza podróż była niemożliwa. Na serpentynach widać było samochody służb drogowych , które pracowały przy oczyszczaniu trasy po zimie. W takiej sytuacji w tył zwrot i powrót w dół. Jak widać nie udało nam się w całości przejechać trasy Transfogaraskiej, mamy więc powód żeby tu wrócić.

Transfogaraska zamknięta od strony południowej

Z niedosytem ruszyliśmy dalej w kierunku Morza Czarnego, a konkretnie Konstancy. Dystans dość spory ale w Rumunii są autostrady, jak narazie może nie setki kilometrów natomiast z Pitesti nad morze takowa prowadzi , była więc nadzieja na sprawną podróż. W drodze nad Morze Czarne spotkało mnie chyba najbardziej przykre doświadczenie podczas całej podróży. W okolicach stacji benzynowych niestety dało zauważyć się bezpańskie psiaki. W swoich relacjach staram się być obiektywna . I to co piękne zostaje przedstawione jako takie, natomiast jeżeli coś wywołało u mnie negatywne emocje to też chcę je oddać takimi jakimi są. Jak wiadomo sami mamy psa, zawsze mieliśmy i widok bezpańskich zwierząt zawsze był i będzie dla mnie przykry. Trzeba powiedzieć, że w Rumunii problem z bezdomnością zwierząt nie jest do końca rozwiązany ( z tego powodu zrezygnowaliśmy z zabrania George na wyjazd, trochę obawiałam się o jego bezpieczeństwo). O ile w miastach psy są zadbane i mają swoich opiekunów , tak w górach i na prowincji od czasu do czasu można spotkać wałęsającego się psa. Zaznaczę jeszcze, że nie miała miejsca żadna niebezpieczna sytuacja z udziałem psów, mam wrażenie, że żyją one blisko ale jednak obok ludzi.

Jadąc nad Morze Czarne nie mogliśmy sobie odmówić wstąpienia na „chwilę” do Bukaresztu. Stolica była w planach zwiedzania ale dzięki Google Maps byliśmy spóźnieni o jakieś pól dnia, taki o ! Wypadek przy pracy. Zdarza się nawet najlepszym. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć kolejne wielkie dzieło a mianowicie Pałac Ludowy , opisywany jako najcięższy budynek świata. Zaciekawiło nas to stwierdzenie i trzeba było sprawdzić co to tak naprawdę jest.

Bukareszt

Budowę pałacu rozpoczęto w 1983 roku. Sztab budowlany to około 700 architektów i 20 tyś pracowników budowy. Pałac zajmuje powierzchnię 830 tyś m2 i składa się z 12 kondygnacji naziemnych i 8 podziemnych, z których nie wszystkie oddane są do użytku. Opis pobudza wyobraźnię, prawda?.Obecnie budynek jest siedzibą Parlamentu. Zjechaliśmy z autostrady i po niemałych trudach dotarliśmy na olbrzymi parking przed gmachem pałacu. Budynek był ogromny! Czy ładny?  To pewnie kwestia gustu, a o gustach się nie dyskutuje. Napewno nie można mu odmówić rozmachu i potęgi.

Pałac Ludowy

Sam Bukareszt jest nowoczesnym miastem, jednak dość wyraźnie zaznaczone są w nim ślady poprzedniego ustroju. Obeszliśmy budynek dookoła co zajęło nam ponad godzinę czyli taką dłuższą chwilę, a przed nami była jeszcze przeprawa przez miasto aby wrócić do autostrady. Przed wyjazdem dokopałam się do informacji, że Rumuni wykazują się „ułańską fantazją” jeżeli chodzi o jazdę samochodem i muszę powiedzieć , że coś w tym było, ponieważ znaki znakami, światła światłami, a i tak kto pierwszy ten lepszy. Ze wszystkich stron chaos i klaksony. Przeżyliśmy! Obyło się bez szwanku dla samochodu.

Bukareszt
Bukareszt
Bukareszt

Po wyjeździe z miasta kontynuowaliśmy swoją podróż w kierunku Morza Czarnego. Autostradą to jakieś 2,30 h. W Mamaii już dość późnym wieczorem, udaliśmy  się jeszcze nad morze i szybką kolację. Zwiedzanie okolicy zaplanowane było na kolejny dzień. Mamaia jest największym i najstarszym  kurortem nadmorskim w Rumunii. Początkowo była to  rybacka wioska, która z czasem przekształcała się w centrum odpoczynku. Mamaia położona jest na 8 km pasie ziemi, który od stałego lądu oddzielony jest jeziorem Siutghiol. Plaża w Mamaii jest piaszczysta ale dość wąska. Mnie osobiście widok kurortu trochę zaskoczył. Plaża była piękna. Parasole, leżaki, knajpki itp. , oddalając się od plaży przynajmniej to miejsce, gdzie nocowaliśmy przypominało trochę plac budowy. Nie mam tu oczywiście niczego złego na myśli. Mamaia zwyczajnie cały czas się rozbudowuje. Wiele hoteli i apartamentowców działa pełną parą natomiast w ich sąsiedztwie cały czas powstają nowe inwestycje. Za kilka lat będzie tego trochę.

Plaża w Mamaii
Mamaia
Mamaia

Rozmawiając z właścicielką apartamentu, który wynajmowaliśmy dowiedziałam się , że już teraz Mamaia jest bardzo popularnym miejscem podczas letniego wypoczynku i stanowi alternatywę dla plaż w Bułgarii. Część naszej ekipy o godzinie 5 rano była już na plaży aby „ustrzelić” wschód słońca. Muszę przyznać , że widok fenomenalny.

Wschód słońca nad Morzem Czarnym
Wschód Słońca nad Morzem Czarnym
Wschód Słońca nad Morzem Czarnym
Wschód słońca nad Morzem Czarnym

Ja podziwiałam go tylko na zdjęciach ponieważ wczesne wstawanie rano nigdy nie było moją mocną stroną. Spacer plażą rzecz jasna  był tylko trochę później. Muszę powiedzieć , że Morze Czarne bardzo mi się spodobało, rano było takie gładkie i spokojne. Delikatne fale omywały stopy ciepłą wodą. Bardzo przyjemne i relaksujące doznanie. Pamiątką po spacerze są wszelakiej maści muszelki, których było mnóstwo. Po przedreptaniu kilku kilometrów po plaży wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę Konstancy.

Morze Czarne
Morze Czarne

Konstanca była dawną grecką osadą, dzisiaj jest jednym z najważniejszych miast w Rumunii. Jest to głównie miasto portowe, a plaże znajdują się w pobliskiej Mamaii. Jadąc  właśnie z Mamai dało się zauważyć, że Konstanca to miasto kontrastów. Obok siebie znajdują się starożytne budynki, nowoczesne wille, zniszczone kamienice i ogromny port. Będąc w Konstancy skierowaliśmy się w okolice portu i udaliśmy się na promenadę aby zobaczyć słynne Kasyno, jeden z charakterystycznych budynków w tym mieście. Kasyno zostało oddane do użytku w 1910 roku . Budowla reprezentuje styl secesyjny. Obecnie budynek nie jest w żaden sposób eksploatowany i niestety niszczeje. Spacerując promenadą widać wybite szyby, zardzewiałe balustrady i braki w elewacji. Wszystko prosi się o generalny remont. Tak czy tak Kasyno robi wrażenie.

Konstanta Kasyno
Konstanta Kasyno
Konstanta Kasyno

Upał podczas spaceru dał nam trochę w kość więc na chwilę usiedliśmy ochłodzić się Aperolem i dalej w drogę. Czekał nas powrót w góry czyli około 450 km. Mieliśmy w planach dotrzeć w okolicę Transalpiny i jutro przejechać góry Parang. 

Transalpina
Transaplina

Transalpina jest wysokogórską drogą , oznaczoną nr DN67C i przecina wschodni Parang. Jest to najwyższa trasa Rumunii, nazywana Drogą Królów. Jeszcze jakiś czas temu była nieprzejezdna dla zwykłych samochodów, teraz położony jest tam asfalt. Nie mniej jednak droga jest kręta i dość wąska. Przejazd obfituje w liczne zjazdy i strome podjazdy. Długość drogi to 149 km, a najwyższym punktem trasy jest przełęcz Urdele na wysokości 2154 m npm. Transalpina łączy ze sobą miejscowość Novaci na południu z Sebesem położonym po północnej stronie gór. W miesiącach zimowych górne odcinki trasy są nieprzejezdne. Z samego rana ruszyliśmy w góry, piękna pogoda zapowiadała cudne widoki. Od miejscowości Ciocadia rozpoczęły się serpentyny. Bardzo malowniczo pięły się w górę odsłaniając coraz to szersze panoramy.

Transalpina

Nawierzchnia drogi jest bardzo dobra jakościowo więc można było wcisnąć trochę „gazu”. Rano na trasie było jeszcze pusto. Pierwszy przystanek zrobiliśmy na wysokości ok. 1600 m npm. Zatrzymanie się to „mus”. Nie da się jechać i jednocześnie podziwiać okoliczne szczyty. Była zatem przerwa na zdjęcia i delektowanie się krajobrazem.

Transalpina
Transalpina

Następnie czekał nas zjazd do miejscowości Ranca. Widok trochę przygnębiający. Miasteczko poza sezonem jest wymarłe, a ponurego charakteru dodawały stare zniszczone budynki i archaiczny wyciąg narciarski, który podobno działa zimą. Opuściliśmy miasteczko i ruszyliśmy w drogę. W dali było widać wstęgę Transalpiny pnącej się na przełęcz Urdele. Wyglądało to majestatycznie.

Transalpina
Śnieg na Transalpinie

Pokonując serpentyny i ostatnie strome podjazdy zaparkowaliśmy samochód w najwyższym punkcie trasy. I tutaj oczywiście trochę „odpustowo” ale nie tak bardzo jak na parkingach w naszych Tatrach. Tradycyjne gulasze, flaczki, kiełbaski i wiele innych dziwnych rzeczy można było znaleźć na straganach . Oprócz tego oczywiście i to chyba najważniejsze, widoki na góry były wszechobecne.

Gorący posiłek na Transalpinie
Transalpina
Transalpina

Parang są drugim co do wysokości pasmem w Rumunii i posiadają alpejski charakter. Moim zdaniem są łagodniejsze i bardziej rozłożyste niż Góry Fogaraskie. Południowe stoki są pokryte halami, na których wypasane są owce, natomiast od północy skaliste ściany opadają do polodowcowych kotłów. Jak widać Parang ma dwie twarze i jadąc Transalpiną może je obie zobaczyć. Pięknie! W międzyczasie pogoda zaczęła się pogarszać , jak to w górach . Po chwili spadł deszcz , który pogonił nas z przełęczy. Zaczęliśmy ostrożny zjazd w dół w kierunku Sebes i dalej do Timisoary gdzie mieliśmy ostatni nocleg. Dla mnie osobiście Transalpina ciekawsza jest od strony południowej. Od strony Sebesu większa część trasy prowadzi przez las.

Transalpina

Po kilku godzinach jazdy dojechaliśmy do Timisoary. Timisoara leży w zachodniej Rumunii. Dlaczego warto ją odwiedzić? Oto kilka powodów. Miasto może pochwalić się niezwykłą architekturą.

Timisoara Rynek
Timisoara Rynek
Timisoara

Główne place miasta są przepiękne. Ukwiecone i kolorowe. Budynki odrestaurowane pomimo tego , że miasto zostalo zniszczone podczas II wojny światowej. Timisoara odegrała bardzo ważną rolę podczas rewolucji w Rumunii. Tutaj miały miejsce pierwsze protesty. Dzisiaj Timisoara jest miastem, w którym tętni życie. W centrum odbywają się liczne eventy, koncerty itp. W knajpkach przesiadują ludzie, a zewsząd słychać muzykę. Wędrując po mieście możemy również zobaczyć ciekawe murale, a jedna z ulic (Strada Alba) udekorowana jest kolorowymi parasolami. Widok niesamowity.

Mural w Timieoarze
Główna ulica Timisoary

Polecam na tzw. City break tym bardziej, że komunikacyjnie miasto jest otwarte na Europę.Spacer po Timisoarze był naszą ostatnią , póki co, atrakcją, która czekała nas w Rumunii. Jeszcze tylko kolacja na pięknym tarasie w naszym apartamencie i powrót do domu.

Po tym krótkim tripie wiem, że musimy do Rumunii wrócić. W mojej ocenie jest to przepiękny kraj, a zobaczyliśmy jedynie malutki kawałek. Rumunia to kalejdoskop. W drodze zmieniają się krajobrazy, pogoda i wrażenia. Podczas swojej wycieczki spotkaliśmy miłych i pomocnych ludzi. Czuliśmy się tam bezpiecznie i swojsko. Jeżeli ktoś ma ochotę na nietuzinkowe zwiedzanie to Rumunia dostarczy niesamowitych wrażeń. Polecam.

Rumunia…

PRAKTYCZNIE:

  • od 2007 roku Rumunia jest w Unii Europejskiej więc do przekroczenia granicy wystarczy dowód osobisty, my na wszelki wypadek mieliśmy ze sobą paszporty
  • na granicy sprawdzane są dokumenty , oczekiwanie uzależnione jest od ilości aut, nam postój zabrał max. 15 min
  • waluta to rumuńskie leje, ceny podobne do cen w Polsce, mam wrażenie, że noclegi były trochę tańsze (ale tutaj wiadomo, każdy wybiera standard , który mu odpowiada). Noclegi rezerwowaliśmy przez booking.com
  • przed wyjazdem dobrze jest zaopatrzyć się w drogową mapę kraju, ponieważ GPS lubi płatać figle, a tak widzimy gdzie jesteśmy
  • jazda po rumuńskich drogach wymaga kupienia winiety, winieta tygodniowa to koszt 3 euro, można kupić przez internet : https://www.roviniete.ro/en/
  • cena biletu na kolejkę aby wyjechać do Balea Lac 30 RON od osoby w jedną stronę, płaci się na górze, możliwa płatność kartą, pies niestety kolejką nie pojedzie 🙁
  • aktualne dane dotyczące trasy Transfogaraskiej tutaj : http://www.transfagarasan.net
  • trasa: Kraków- Sapanta – Sybin- Balea Lac (trasa Transfogaraska, do Balea Lac kolejką)- powrót w okolice Sybina – Crutea de Arges (droga krajowa)- Cabana Capra  ( trasa Transfogaraska) – powrót do Crutea de Arges – Bukareszt – Mamaia – Konstanca- Novaci – Sebes- Timisoara- Oradea – Kraków
  • noclegi: 1. Sybin – Apartament Bianca , 2.Curaturile- Pensiunea Andrei, 3. Apartament Sim Seaside -Mamaia, 4. Pensiunea Tobo – Baia de Fier, 5. Venetia Apartament – Timisoara