Sonntagskögel i Kitzstein-ziemia salzburska

Alpy austriackie są dla nas takim małym rajem na ziemi, azylem, trochę nawet ucieczką od codzienności. Mnogość szlaków turystycznych daje nieograniczone możliwości wędrowania i cieszenia się przestrzenią. Ostatni dzień  w Alpach to wejście na dwa szczyty: Sonntagskögel i Kitzstein (Gabel). Wycieczka na około 4 do 5 godzin prowadząca na najwyższy w okolicy Kitzstein mierzący 2037 m npm. Widoki roztaczające się z wierzchołka zapierają dech w piersiach, podziwiać można szerokie alpejskie doliny, zielone łąki i niezliczoną ilość szczytów zamykających horyzont z każdej strony. Wysiłek włożony w zdobycie góry daje satysfakcję i rekompensowany jest doskonałymi panoramami. Mam chyba niczego więcej do szczęścia nie potrzeba i włóczenie się po tych cudnych zakątkach to najlepsze co możemy robić w wolnym czasie. Alpy może nie najwyższe ale napewno malownicze i cieszące wszystkie zmysły. Na wędrówki z psem idealne pod każdym względem. Dajcie się porwać na alpejskie ścieżki z niepowtarzalnymi pejzażami.

Ostatni dzień pobytu w Alpach postanowiliśmy jeszcze spędzić na szlaku. Piękna pogoda sprawiła, że szkoda było wracać do domu i powrót przesunęliśmy na późne popołudnie i noc. W końcu 750 km to nie jest jakaś kosmiczna odległość i da się to przejechać nocą. Udaliśmy się do nieodległej miejscowości Wagrain aby korzystając z kolejki linowej Flying Mozart wyjechać w okolice Grießenkareck i przejść się w kierunku Saukarfunktel (2028 m npm). Byliśmy tam 6 lat temu i chcieliśmy przypomnieć sobie tamtejsze sielskie widoki( foty z 2014r).

Saukarfunktel
Saukarfunktel
Boss

Ale jak to w życiu bywa nie wszystko idzie zgodnie z planem. Po pierwsze podjechaliśmy nie pod tą stację kolejki pod którą trzeba, po drugie okazało się, że Flying Mozart jest w remoncie. Zostaliśmy zatem na parkingu i korzystając z Grafenbergbahn wyjechaliśmy na górę. Stwierdziliśmy, że napewno będzie tam jakiś ciekawy szlak do przejścia, a poza tym nie mieliśmy dużo czasu na zastanawianie się gdzie by tu iść. Jak widać trafiliśmy tam zupełnie przypadkiem i mogę powiedzieć, że takie spontany też są super. Wyciąg był dość długi, podróż trochę trwała ale z każdym metrem oczom ukazywały się kolejne alpejskie szczyty. George w wagoniku czuł się jak u siebie w domu. Zero stresu, wygodnie ułożył się na podłodze i prawie zasnął:):). Wysiadając z wagonika mieliśmy trochę mieszane uczucia. Oczywiście widoki były przepiękne ale zaskoczyła nas duża liczba turystów, jakieś zjeżdżalnie, pompowane domki itp. Taki typowy widok jak dla narciarskiego kurortu ale wiadomo bez śniegu.

Pierwsze widoki przy górnej stacji kolejki
Pierwsze widoki przy górnej stacji kolejki

Kilkanaście metrów od górnej stacji kolejki dostrzegłam charakterystyczną żółtą tabliczkę z rozpisanymi szlakami. W mgnieniu oka znaleźliśmy się przy drogowskazie i w tym momencie nastrój zdecydowanie się poprawił. W „odległości” 45 minut marszu znajdował się Sonntagskögel , a 2 h dzieliły nas od Kitzstein. Decyzja była szybka: idziemy na oba szczyty!

Szlakowskaz przy górnej stacji kolejki linowej

Patrząc na tablicę z opisaną panoramą okolicy od razu wiedzieliśmy , który z wierzchołków to Sonntagskögel, ponieważ jego sylwetka była dość charakterystyczna.

Widok na Sonntagskögel

Początek szlaku nr 713 to bardzo wygodna, szutrowa droga. Na tym odcinku było trochę turystów ponieważ wzdłuż drogi znajdowały się atrakcje dla dzieci w postaci tablic edukacyjnych, mini parku linowego czy drewnianych krów. Szybko minęliśmy to wszystko i podchodząc delikatnie w górę byliśmy już sami.

Jeszcze wygodna ścieżka
Początek trasy

Po około 20 minutach marszu skręciliśmy w prawo w wąską , pnącą się stromo ścieżkę , którą ruszyliśmy na szczyt. Oddech trochę przyspieszył ale podejście było krótkie. Napotkaliśmy jedną przeszkodę w postaci trzy stopniowej drabinki. Czasem takie niespodzianki czekają na szlakach ponieważ ścieżki bywają odgrodzone aby alpejskie krowy nie przechodziły w określone miejsca. George przy drobnej pomocy poradził sobie świetnie i pomiędzy szczebelkami prześliznął się na drugą stronę.

Mała przeszkoda na szlaku

Jeszcze jeden delikatny skręt w prawo i byliśmy na szczycie. Wierzchołek to dość rozległa „łąka”, miejsca było dużo, nawet znalazły się ławki aby wygodnie przycupnąć i rozglądać się po okolicy. Widoki super! Szerokie doliny, wijące się na ich dnie drogi, zielone łąki i skaliste, stalowe szczyty. Jedynie masyw Dachsteinu wyróżniał się charakterystyczną wapienną bielą.

Widoki z Sonntagskögel
Na szczycie
Widoki ze szczytu

Na górze spędziliśmy jeszcze chwilę ale czas trochę naglił, bo przecież jeszcze trzeba było wrócić do kraju. Będąc na Sonntagskögel zastanawialiśmy się , który z okolicznych wierzchołków to Kitzstein ponieważ wszystkie widoczne na horyzoncie były dość odległe, a wg. drogowskazu znajdującego się przy górnej stacji kolejki po około 2 h powinniśmy być na szczycie. No cóż, tak czy tak aby udać się na Kitzstein szlak nr 713 należało zamienić na 712, aby to zrobić musieliśmy wrócić ze ścieżki do szutrowej drogi i tam szukać wskazówek na dalszą część wędrówki. Wskazówki rzecz jasna były, więc zgodnie z kierunkiem nr 712 ruszyliśmy po kolejne przygody.

Alpejskie ścieżki

Nie dajcie się zwieźć i nie wędrujcie ubitą wygodną drogą. Szlak nr 712 prowadził w las po , hmmmm „ krowim” trakcie. A tak poważnie to leśna droga była dosyć błotnista, widniały na niej ślady po stadach krów w postaci odbitych kopyt i niezliczonej ilości „ krowich placków”, czyli standard w tutejszych górach. Plusem było to, że wędrowaliśmy lasem i zrobiło się troszkę chłodniej. Ścieżka wiodła po płaskim terenie ale w lesie i ani widu ani słychu po ponad 2 tysięcznym szczycie. Weszliśmy na rozległą polanę, spotkaliśmy dwa swobodnie pasące się konie i delikatnie zeszliśmy w dół.

Konie na szlaku
Tym razem konie

Po chwili lekko pod górkę, na wypłaszczenie gdzie naszym oczom ukazał się dość potężny, górujący nad okolicą masyw. Tak, to był cel naszego dnia. Trochę nas zatkało ponieważ szczyt wybijał się wysoko nad nami i był ogromny. Mina Ignacego przychodzącego na punkt widokowy ciut później bezcenna:). „Że tam mamy iść i to być na górze w 1,30 h”????, no way!!!!

Gdzie jest Kitzstein?
Jest tutaj, cel naszej wycieczki
Alpejskie szlaki

No cóż, była decyzja, nie było odwrotu. Trochę zrezygnowani, zdziwieni i nie wiem jeszcze jacy ruszyliśmy naprzód. Ścieżka jak na złość prowadziła w przeciwnym kierunku czyli tak naprawdę oddalaliśmy się od miejsca docelowego. Z drugiej strony patrząc na strome stoki Kitzstein opadające na dno doliny cieżko byłoby iść wprost na górę. Po lewej stronie minęliśmy niewielkie gospodarstwo i leniwie wygrzewające się krowy. Trochę im w tym momencie pozazdrościłam, ale miały fajnie, a my w drodze Gabel (Gabel to inna nazwa Kitzstein).

Przedreptane ścieżki
Alpejskie doliny

Doszliśmy do szlakowskazu, który „powiedział” nam, że jeszcze godzina drogi przed nami. Szczerze, uważałam, że to jakiś absurd patrząc jak daleko był wierzchołek. Ruszyliśmy, już nie lajtownie ale ostro w górę. Ścieżka wiła się stromo przez las pomiędzy korzeniami i kamieniami.

Tutaj jest nasz szlak

George jak zwykle sprawnie i lekko hasał przez przeszkody, a my wiedzieliśmy, że droga na szczyt nie będzie spacerem z cyklu „do Morskiego Oka”. Nabierając wysokości las się przerzedzał i przechodził w kosodrzewinę. Na szlaku minęliśmy turystów schodzących z góry, wędrowali z psem więc nie ukrywam, że trochę nas to pokrzepiło. Na cudnej ławeczce, w odlotowym miejscu z perfekcyjnym widokiem zrobiliśmy sobie dłuższą chwilę przerwy. Można by siedzieć tam cały dzień i wpatrywać się w majestatyczne szczyty.

Chill
W drodze na Kitzstein
Widoki, widoki

Za plecami widoczne były spadziste zbocza Kitzstein. Ścieżka stała się jeszcze bardziej stroma, a pod stopami pojawiły się drobne kamyczki. Przemknęło mi przez myśl, że schodzenie też do najprzyjemniejszych nie będzie należało. Kręta dróżka śmiało pięła się ku niebu, w kilku miejscach pojawiły się ułatwienia w postaci grubych lin pełniących funkcję barierki. Ale spokojnie, nie było żadnego niebezpieczeństwa ani ekspozycji, zwyczajnie były tam po to aby szło się wygodniej. W końcu dotarliśmy na trawiastą „grań”. Widok powalił z nóg. Alpy, Alpy, wszędzie Alpy!!!! Niższe, wyższe, ośnieżone i nie. Niezliczona ilość szczytów na horyzoncie. Sielsko, Anielsko!

Trawiasta grań
Wydaje się już być blisko szczytu
Już chyba niedaleko

Ale żeby nie było tak kolorowo, wierzchołek Kitzstein wciąż był przed nami. Musieliśmy przejść jeszcze przez  dwa „przedwierzchołki” aby stanąć na szczycie.

Cel -Kitzstein
Przedwierzchołek:)
Alpy

W tym momencie tempo naszego marszu znacznie przyspieszyło ponieważ okazało się, że mieściliśmy się w tym nierealnym czasie widocznym na drogowskazach. Dotarliśmy z George 5 minut wcześniej!!!! Ignacy był trochę później ale przecież ktoś musiał uwiecznić te fenomenalne krajobrazy. A i po drodze trafiła się sesja sympatycznego, czarnego stada owiec, w którym przewrotnie biała była tylko jedna.

Czarne barany
Biała owca

Tak czy tak czasy przejść podane na drogowskazach w Austrii dostosowane są do spokojnego, spacerowego tempa. Nie są wyżyłowane tak jak chociażby w Tatrach Słowackich gdzie aby zmieścić się w podanym trzeba nieźle się spieszyć (takie moje spostrzeżenie), może ktoś ma inne doświadczenia. Wracając na Kitzstein (2037m npm), znaleźliśmy się na najwyższym szczycie w okolicy. Wierzchołek górował nad otoczeniem oferując przepyszne panoramy. Głębokie doliny, nad nimi Sonntagskögel na którym byliśmy chwilę temu, a dalej gdzie tylko oczy poniosły alpejskie u szczyty. Można kręcić się w kółko, a i tak wszędzie będą Alpy.

Na szczycie
Kitzstein
Alpy, Alpy
Alpejskie kolosy

Człowiek może się już  tym luksusem znudzić ale kochamy to! Ze szczytu przegoniły na uciążliwe, duże muchy bzyczące przy uchu. George wywęszył w trawie baranie bobki więc zejście było ekspresowe. Wracaliśmy tą samą drogą i jakoś szybciej nam poszło. Nawet drobny żwir pod stopami gdzieś zniknął.

Powrót
Jeszcze trochę alpejskich widoków
Pięknie

Wsiedliśmy do wagonika i zjechaliśmy w dół. Przed podróżą przeszliśmy się jeszcze przez Wagrain celem wypatrzenia miejsca gdzie możemy coś zjeść i znaleźliśmy przepyszne Caprese, w sam raz na obiad w ciepły letni dzień. Uwielbiamy wracać w Alpy, mam wrażenie, że życia człowiekowi nie starczy aby przejść wszystkie szlaki, zdobyć szczyty i posiedzieć nad turkusowym jeziorami. 

PRAKTYCZNIE:

  • dojazd z Polski przez Czechy, wyjeżdżając z Krakowa mieliśmy do przejechania około 780 km, na terenie Austrii i Czech obowiązują winiety ( około 10 euro w Austrii, w Czechach podobnie ), lepiej kupić już zagranicą, wychodzą taniej
  • zatrzymaliśmy się w Altenmarkt im Pongau w Aparthotel Kristall (https://www.aparthotelkristall.com/ ), miejsce przyjazne psiakom, za psa nie było dopłaty
  • start wycieczki z miejscowości Wagrain, około 30 min jazdy od Altenmarkt
  • korzystaliśmy z kolejki linowej Grafenbergbahn (wagoniki), parking przed kolejką bezpłatny, bilet góra-dół dla osoby dorosłej 24,30 euro, bilet dla psa 4,60 euro ( https://www.snow-space.com/en/summer/mountain-experience/highlights/Wagrainis-Grafenberg )
  • szlaki: górna stacja kolejki- Sonntagskögel ( szlak nr 713, czas 0,45h); Sonntagskögel- skrzyżowanie ze szlakiem nr 712 na Kitzstein ( szlak nr 713, czas 0,15h), skrzyżowanie- Kitzstein ( szlak nr 712, czas 1,15h); Kitzstein- górna stacja kolejki Grafenbergbahn (szlak nr 712 i 713, czas 2h)
  • czas: z odpoczynkami ok. 4,10h; dystans 11 km; wznios 699m
  • w Austrii wszystkie szlaki mają kolor czerwono- biały i widnieją ich numery

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.